Z Warszawską Szkołą Poligraficzną jestem związany szczególnie – na różnych etapach mojego życia byłem jej uczniem, nauczycielem i dyrektorem. 1 września 1960 r. zostałem uczniem Technikum Poligraficznego w Warszawie. Mieściło się ono w dwóch budynkach – na ul. Konwiktorskiej i Wiślanej. Pierwszy z nich był siedzibą dyrekcji. Dyrektorem był Jan Kubała, a jego zastępcą Edward Grabarski.
Moja klasa, 1 D, miała zajęcia na Konwiktorskiej i była klasą typograficzną, ze specjalnościami: składacz ręczny i maszynista typograficzny. Każda z tych grup żartobliwie określała tę drugą. My, składacze – czyli zecerzy – o maszynistach mówiliśmy „maglarze”, a oni o nas – „dziobaki”. Nie były to określenia ani pejoratywne, ani obraźliwe, stanowiły raczej próbę zbudowania swego rodzaju tożsamości w tym niezwykłym zawodzie.
W klasie było 49 osób, w tym tylko jedna dziewczyna. „Dziobaki” – zdecydowana większość, w tym ja – żmudnie przygotowywaliśmy formy typograficzne, bez których „maglarze” chyba by się zanudzili. Maszynistów było kilkunastu.
Skład ręczny i druk typograficzny były dla nas podstawowe – i w zakresie wiedzy, i w zakresie umiejętności. Obie te specjalności, nierozerwalnie związane z czcionką i papierem, nie tylko kształciły u nas potrzebę rzetelności, a więc dokładności, porządku, ładu, ale również wyzwalały i wzmacniały umiejętność dostrzegania, wartościowania i pielęgnowania wartości estetycznych, które w szkole pojawiały się najpierw na główkach czcionek, a potem na papierze.
Przez wszystkie lata, aż do czerwca 1965 r., mieliśmy wspaniałych nauczycieli. Nie tylko nas uczyli, ale również wychowywali, z powagą i odpowiedzialnością podchodząc do kształtowania charakterów i osobowości młodych ludzi. Profesor Halina Sarosiek, nasza ukochana wychowawczyni, troszczyła się o nas jak matka i dbała o to, abyśmy byli zgraną paczką. Na jej lekcjach zdobywaliśmy wiedzę o materiałach występujących w poligraficznym procesie produkcyjnym.
Wśród nauczycieli, którzy nas uczyli, z wdzięcznością wspominam niezwykłych ludzi, barwne osobowości, które były dla nas autorytetami. Pamiętam prof. Michała Lemieszewskiego, który uczył matematyki i fizyki, zawsze w nienagannym garniturze i z muszką. Nazywaliśmy go Alfa. To on w lutym 1961 r. wyszedł z uczniami na lekcję terenową, żeby nam pokazać niemal całkowite zaćmienie słońca. Było to dla mnie – wtedy piętnastolatka – niezwykłe przeżycie. Nasz matematyk podzielił się z nami wiedzą o zjawiskach astronomicznych, którą jemu było łatwiej znaleźć niż nam. MISTRZEM w prognozowaniu zdarzeń przyszłych okazał się prof. Kazimierz Lewarski, który wielokrotnie mówił nam o nieuchronnym rozpadzie Związku Radzieckiego. Wówczas, a były to przecież lata 60. ubiegłego wieku, słuchaliśmy jego słów jak bajki o żelaznym wilku.
Z kolei mnie, jako późniejszemu nauczycielowi matematyki, już w szkole na Stawkach, przydarzyła się przygoda, która wprawiła w niesamowite zdumienie i mnie, i moich uczniów. Na jednej z lekcji z rachunku prawdopodobieństwa postawiwszy, w odpowiedzi na pytania, hipotezę, że w najbliższą sobotę zostaną wylosowane w totolotku CZTERY KOLEJNE liczby, razem z uczniami obliczyłem odpowiednie prawdopodobieństwo trafienia „szóstki”. Kilka dni potem CZTERY KOLEJNE liczby zostały, o dziwo, wylosowane! Uczniowie oczekiwali, że zdradzę im, skąd to wiedziałem. Oczywiście nie była to kwestia wiedzy czy nawet prognozy, był to niesamowity przypadek, zupełnie niewytłumaczalny dla mnie. Obliczyliśmy później wysokość ewentualnego zysku, bardzo dużego przy dużo mniejszym wydatku. Postrzegam to jako wyjątkowo poglądowe wydarzenie dydaktyczne.
Niezwykłą postacią na Konwiktorskiej była pani Dąbrowska zarządzająca szatnią uczniowską twardo i zarazem miękko, życzliwie. Baczyła, aby chłodną porą nikt nie wybiegł z szatni bez wierzchniego okrycia.
Uczono nas szacunku do książki jako rezultatu wysiłku nie tylko pisarza i ilustratora, ale i poligrafa – „towarzysza sztuki drukarskiej”. Przekazywano wiedzę o profesjonalnych procesach technicznych, ale również o kroju liter, pięknie dawnych i obecnych ksiąg, szeroko rozumianej estetyce dzieł wydawniczych.
Mieliśmy też lekcje grafiki, prowadzone przez nauczycieli grafiki profesorów Gawrysia i Łukomskiego, które rozwijały wrażliwość estetyczną i sprzyjały naszym pierwszym próbom twórczym. W zgrzebnych latach 60. była to dla młodych ludzi niezwykła okazja do kreatywnego kontaktu z estetyką, sztuką i pięknem.
Poczucie tych wartości towarzyszyło, towarzyszy i będzie towarzyszyć absolwentom Szkoły Poligraficznej na Konwiktorskiej, Wiślanej i Stawkach w dalszym życiu.
Po wielu latach, jako dyrektor, byłem inicjatorem ozdobienia holu szkoły hasłem „W SZKOLE POLIGRAFICZNEJ KSIĄŻKA JEST WZOREM, SYMBOLEM I CELEM”, które to zdanie stanowiło dla mnie swoiste credo życiowe, jakie powinno przyświecać uczniom, nauczycielom i absolwentom. Napis zaprojektował i wykonał nauczyciel grafiki, prof. Stanisław Baraniak. Żal mi, że tego napisu już nie ma.
Po nauce w Technikum Poligraficznym na Konwiktorskiej podjąłem studia matematyczne na Uniwersytecie Warszawskim. Ta pierwsza szkoła, jak już wspomniałem, nauczyła mnie wrażliwości na różne przejawy piękna*), których należy szukać ukrytych nawet w nieoczekiwanych miejscach. Dzięki drugiej poznałem użyteczne teorie matematyczne cechujące się pięknem poprzez swoje uporządkowanie i wyszukaną elegancję.
Moje życie zawodowe było zawsze związane z matematyką, uczyłem tego przedmiotu w warszawskich szkołach średnich – w macierzystej szkole poligraficznej i w liceach im. Konarskiego, Kołłątaja, Władysława IV.
Od kilku lat, po przejściu na emeryturę, z większym zaangażowaniem poświęcam się mojej pasji – fotografii. Robię głównie zdjęcia przyrody i dzieł ludzkich rąk, rzadziej fotografuję ludzi.
Niektórym fotografiom nadaję drugie życie, posługując się prostym komputerowym programem graficznym (niemającym nic wspólnego z AI!) – zdjęcia stają się tworzywem i budzą do życia coś nowego. Działaniu temu poddaję fotografie flory, głównie drzew w ogrodach i parkach, a również dzieł ludzkiego umysłu, architektury.
Na kilku moich wystawach prezentowałem prace zebrane w cyklach tematycznych: W wazonie, Ceglane pejzaże, Drzewa, Drzewa i mury, Na polach i łąkach, w parkach i ogrodach. Ostatnio, w listopadzie 2025 r., Na skraju wód…
Drugie życie tych fotografii, efekt metamorfozy, często jest podwójne, potrójne, a dla niektórych z nich tworzę również liczniejsze odmiany.
Bywają przypadki, kiedy taki rezultat ukazuje niezwykłe, nieoczekiwane piękno, ukryte w fotografii od samego początku, lecz niedostępne dla naszych oczu.
Jest niekiedy tak, że w obrazie końcowym dzieje się jak gdyby więcej niż w zdjęciu będącym źródłem. Owe drugie byty nieraz przypominają odbicia w barwnych i niezbyt gładkich zwierciadłach, kiedy indziej zaś przedstawiają odrealniony obraz rzeczywistości.
Staram się szukać piękna tam, gdzie nie zawsze jest ono oczywiste. Jestem głęboko przekonany, że takie poszukiwanie, odnajdywanie i odkrywanie wartości estetycznych w otaczającym mnie świecie ma korzenie w latach uczniowskich spędzonych w szkole na Konwiktorskiej.
*) Nie mamy racjonalnej wiedzy o pięknie. Co jednak nie znaczy, byśmy żadnej wiedzy o nim nie mieli. Jest oparta o smak. Ten wypowiada się o tym, czy dana rzecz jest piękna, choć nie może wytłumaczyć, dlaczego tak jest. Jest czymś pokrewnym instynktowi. G.W. Leibniz, [w:] Władysław Tatarkiewicz, Dzieje sześciu pojęć.