Poligraf z przypadku, za to na całe życie
24 sie 2026 12:43

Do Poligrafika przyszedłem rozżalony i zrezygnowany. Nie mogłem dostać się do szkoły, którą sobie wymarzyłem, więc poszedłem do takiej, która była najbliżej. Tak to pamiętam, gdy w marcu 1987 r. z Ronda Babka (obecnie Zgrupowania AK „Radosław”) maszerowałem w stronę gmachu Warszawskiej Szkoły Poligraficznej. Szedłem z mamą. Sam może poszedłbym na prawą stronę ul. Marchlewskiego (obecnie Jana Pawła II) i zostałbym mechanikiem samochodowym? A może nawet w desperacji poszedłbym kawałek dalej i został ekonomistą? Na szczęście szedłem z mamą, która kiedyś pracowała w Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych i powiedziała, że poligrafia jest bardzo ciekawa i może zajrzymy do szkoły i coś mi się tam spodoba? Dałem się namówić.

Zamiast mechanika – zecer

Po wejściu ktoś skierował nas do kierownika warsztatów szkolnych. I to był strzał w dziesiątkę. Do dziś wspominam profesora Jana Ostrowskiego, który miał dziwny (jak mi się wówczas wydawało) pseudonim: Szczota. Kiedy już zostałem zecerem, tym terminem określaliśmy odbitkę korektową bez udziału prasy – tylko wałek z farbą, papier i… szczotka, którą dokładnie należało ostukać, pokryty farbą skład nakryty arkuszem papieru. Tenże człowiek pokazał mi poligrafię, która mnie zachwyciła. Właśnie w tym miejscu, na zecerni. Do tej pory, kiedy gdzieś widzę zecernię – w Muzeum Drukarstwa na warszawskiej Pradze, w Muzeum Powstania Warszawskiego, w małym pokoiku obok szatni na Konwiktorskiej 2 albo na „sali wspomnień” tu, na Stawkach – moje serce zaczyna bić mocniej.

Pamiętam, że w trakcie naszej nauki należało przejść przez trzy etapy szkolenia: zecernię, linotypy oraz… fotoskład! Tak, mieliśmy fotoskład – Poltype-03 i 04 z dyskietkami 8-calowymi i ogromnymi klawiaturami, a wersja 04 miała nawet podgląd graficzny! To, że renderowanie szpalty tekstu ze złożoną adjustacją dawało szansę na przerwę kawową, nie znaczyło nic. To już była nowoczesność! I pomyśleć, że ja, po tych trzech etapach, chciałem nadal być zecerem.

Miłość, komputery i pierwszy powrót na Stawki

I pewnie zostałbym ostatnim zecerem RP, gdybym… się nie zakochał. Tym razem w niewieście i to w dodatku po sąsiedzku – w ławce. Do dziś sprzeczamy się, jak to było: czy to ona mnie zaprosiła, czy to ja sam usiadłem, bo akurat jej koleżanki Ani nie było, a i mojego kolegi Irka też nie było, i tak już zostało. I jak się potem okazało, na długo. Tak więc pod wpływem tych wzruszeń poszedłem na praktyki do Zakładów Graficznych Ministerstwa Obrony Narodowej, gdyż tam właśnie praktykowała i owa niewiasta. To zupełnie zmieniło mój pogląd na specjalizację i – najprawdopodobniej – wywołało lawinę kolejnych wypadków związanych z moją szkołą. Otóż po jej zakończeniu, zamiast pójść grzecznie pod wyżej wymieniony adres (Konwiktorska 2) i kontynuować naukę, rzuciłem się w wir wyzwań technologicznych związanych z komputerami i wielkim światem. Po dwóch latach pracy moje pojmowanie komputerowego wspomagania procesów przygotowalni poligraficznej było na tyle nieprzeciętne, że zostałem wytypowany przez mojego ówczesnego szefa do przeprowadzenia szkoleń systemów DTP dla moich młodszych kolegów z Poligrafika. Wracałem z radością.

W latach 90. zamieszanie na rynku pracy było tak ogromne, że wkrótce nie tylko szkoliłem, ale zostałem pracownikiem warsztatów szkolnych z niewielką ilością godzin dydaktycznych szkolenia praktycznego. I znów było mi dobrze w Alma Mater – niestety niedługo. Wtedy po raz drugi rozsądny głos mojej ówczesnej szefowej, pani dyrektor Lenartowicz, kierował mnie na studia, ale był anioł, więc był i diabeł. Wtedy w poligrafii można było naprawdę dużo zarobić…

Przepracowałem w przygotowalniach – przy wydawnictwach i przy drukarniach – wiele lat. Poznałem wszystkie techniki drukowania już nie tylko z podręcznika. Zmarnowałem niejedną ryzę papieru, a czasem trzeba było niejedną gorzką pigułkę przełknąć, bo taka jest poligrafia – jak kobieta. Jeśli nie poświęcasz jej wystarczająco dużo czasu, wystawi ci walizki za próg.

Poligraficzne korzenie i nauczycielska droga

I wtedy – w dość niełatwym momencie mojego życia – odezwał się do mnie mój kolega, który zaproponował mi spotkanie w Centralnym Ośrodku Badawczo-Rozwojowym Przemysłu Poligraficznego na Miedzianej 11. Ten adres był dla mnie jak symbol. Podawałem go nie raz w szkole, ponieważ pod tym adresem pracował mój tata. A była z tym związana zabawna historia: otóż kiedy przyszedłem na pierwszą lekcję technologii, pani profesor Alicja Dukaczewska zapytała: kto ma rodzinę w poligrafii? Wszyscy kogoś mieli – to nie tak, jak dziś. Dziś głównym powodem przyjścia na kierunek poligraficzny bywa nieduża odległość od szkoły. Wtedy to były klany – jak w powieściach o Harrym Potterze. Moja mama nie pracowała już w PWPW, ale mój tata pracował w Domu Słowa Polskiego! Dalej więc, wyrwałem się z podniesioną ręką i prawie krzyczę: – Tak! Mój tata pracuje w DSP! – A na którym dziale, chłopcze? Na maszynach? Na przygotowalni? A może w redakcji? – W straży pożarnej, proszę pani – odpowiedziałem dziarsko. Wyobraźcie sobie tę salwę śmiechu.

I dziś, kiedy to wspominam, nie wstydzę się, że mój tata był strażakiem pośród poligrafów – to był zresztą bardzo dobry oddział straży pożarnej. Tata często opowiadał mi o tym, co widział, patrolując zakład. Przynosił czasopisma oznaczone stemplem (bodajże „makulatura”) – bo kiedyś na „Razem” trzeba się było w kiosku zapisywać. A po latach, kiedy poszedłem do Muzeum Drukarstwa, pokazano mi niewielkie wydawnictwo upamiętniające historię Zakładów Graficznych Dom Słowa Polskiego. Mój tata jest tam wymieniony pośród swoich kolegów ze straży pożarnej jako pracownik, więc mam korzenie poligraficzne.

I z tymi korzeniami, nieuregulowanym wykształceniem i całą masą doświadczeń stanąłem na progu drugiej przygody mojego życia: zostałem nauczycielem zawodu. To, co powinno się zrobić wczoraj, a robi się dzisiaj, przeważnie dużo kosztuje. Mnie też dużo kosztowała nauka i praca pośród domowych obowiązków – studia pedagogiczne, kierunkowe i w końcu Zakład Technologii Poligraficznych przy Konwiktorskiej 2. Niewielu ludzi pamięta dziś, że to pierwszy powojenny adres naszej szkoły. Dowiedziałem się o tym od samego Bolesława Pęciaka, pierwszego powojennego dyrektora Poligrafika, dla którego łamałem – jeszcze wtedy, kiedy pracowałem na warsztatach na Stawkach – wspomnienia jego żony o pracy w Akademii Wychowania Fizycznego. Myślę, że zawód nauczyciela jest bardzo podobny do zawodu poligrafa, ponieważ naszym głównym zadaniem jest przekazywanie informacji i krzewienie kultury.

Wiele lat później przyjechałem tu w roli egzaminatora. Co czuje człowiek, który przestępuje po wielu latach próg swojej szkoły, która ukształtowała całe jego dorosłe życie? Nie pytajcie, bo – jak śpiewa klasyk – chłopaki nie płaczą. Choćby cały budynek został gruntownie przereorganizowany, przemalowany i zmieniony, ja wciąż będę widział mural o roli drukarni w tworzeniu cywilizacji, z szatni wciąż dochodzić będą podniesione głosy moich kolegów i koleżanek (niektórych z nich już nie ma), a pośród korytarzy, przed pracowniami przedmiotowymi, wciąż będą stali moi nauczyciele: moja wychowawczyni, profesor Janina Fudalej (za jej przyczyną na koniec szkoły pisałem wiersze po niemiecku ), moja niezapomniana pani od języka polskiego, profesor Maja Minkiewicz (dzięki niej o mało co nie skończyłem filologii polskiej ), niezapomniana pani profesor Mirosława Woźniak od języka rosyjskiego, panie profesor: Czesława Grabińska i Dorota Wołosiewicz – walczące z młodym niepokornym humanistą na matematyce, pani profesor Marianna Biele i moja ulubiona chemia oraz materiałoznawstwo, pan profesor Jacek Kijewski i fizyka, a głównie pozostałe w mojej pamięci kółko, na którym udowadniał nam, że sposób obróbki termicznej mięsa jest ściśle związany z jego rodzajem. No i oczywiście zawodowcy – panie profesor Teresa Bąk, Jadwiga Wołkow, Alicja Dukaczewska, panowie profesorowie Janusz Jaworski, Henryk Brodowski i – mój dyrektor i późniejszy szef – pan profesor Andrzej Żórawski, którego spotkałem nie tak dawno podczas smutnej uroczystości pożegnania mojej pani wychowawczyni. Czas nie stoi. Wszyscy oni są wciąż gdzieś pomiędzy swoimi salami a pokojem nauczycielskim na pierwszym piętrze. Słyszę przecież charakterystyczny głos pana profesora Krzysztofa Resztaka – polonisty o niezapomnianym stylu i wysokiej kulturze, słyszę również (nie dało się nie słyszeć) charakterystyczne wezwania pana profesora Mirosława Krejera, który kształcił w nas poczucie obowiązkowości i zamiłowania do książek podczas przysposobienia obronnego.

Na zakończenie chciałbym stwierdzić, że nie mogło mi się przytrafić nic bardziej fascynującego i niezwykłego, niż nauka w Warszawskiej Szkole Poligraficznej. Duża litera, która stoi przed gmachem, ma ponoć dawać do zrozumienia, że wchodząc do szkoły, jesteśmy analfabetami, a złośliwcy twierdzą, że wychodząc, będziemy baranami – i być może jest w tym jakaś część prawdy, bo żadna szkoła nie daje gwarancji na szczęśliwe życie. Ja jednak twierdzę, że szkoła na Stawkach kształci Poligraficzną Brać, której częścią się czuję od chwili ukończenia nauki i którą tymi wspomnieniami serdecznie pozdrawiam.

Opracowanie: AN