Wspomnienia absolwenta technikum poligraficznego – Andrzej Gierkowski
23 kwi 2026 11:40

Mój Tata, który nie miał żadnego pojęcia o drukarstwie, ale malował obrazy i wykonywał amatorsko różne prace graficzne, namówił mnie w 1961 r. do zdawania do technikum poligraficznego, ponieważ nazwa tej szkoły kojarzyła mu się właśnie z grafiką.

Egzamin zdałem w 1961 roku i rozpocząłem naukę w budynku przy ul. Konwiktorskiej 2 w 52-osobowej klasie I D, która była klasą żeńsko-męską, tak jak klasa I C. Wychowawstwo objęła pani profesor Elżbieta Borkiewicz. 

Uzupełniająco chcę dodać, że tradycyjnie w technikum poligraficznym zwracaliśmy się wtedy do nauczycieli – „pani profesor” oraz „panie profesorze”.

Tę część ówczesnego technikum poligraficznego określano jako reprodukcyjną, w odróżnieniu od części szkoły, która funkcjonowała w budynku przy ul. Wiślanej 6, którą określano jako typograficzną. Przy ul. Wiślanej funkcjonował również internat dla uczniów niewarszawskich. Ta wiedza o organizacji technikum poligraficznego docierała do mnie powoli, ale sukcesywnie.

Niemałą część tych uczniów, którzy dostali się do technikum poligraficznego w 1961 r., stanowiła młodzież, której rodzice pracowali w drukarniach. Była to szkoła, do której dostanie się nie było łatwe.

Na początku edukacji uczniowie zostali przypisani do różnych technik. W mojej klasie I D uczniowie zostali podzieleni na fotografów, chemigrafów, kopistów offsetowych oraz maszynistów offsetowych. W moim przypadku – kopisty offsetowego – rozpoczęcie edukacji poligraficznej wiązało się z dość oryginalnymi zajęciami.

Zacząłem od szlifowania kamieni litograficznych i nanoszenia elementów rysunkowych na odpowiednio przygotowaną wcześniej ich powierzchnię użytkową.

Kolejnymi zajęciami przyszłego kopisty offsetowego było grenowanie blach offsetowych za pomocą kulek ceramicznych lub metalowych. Proces ten, określany też jako ziarnowanie, służył do stworzenia chropowatej powierzchni blach.

Natomiast przy uczeniu się kolejnego procesu wykonywania drukarskich form offsetowych – nanoszeniu emulsji w celu uzyskania warstwy światłoczułej – spowodowałem niebezpieczne zdarzenie.

Nanoszenie emulsji odbywało się w ukośnej wirówce zainstalowanej w dziale kopii offsetowej.

W pośpiechu nie dokręciłem dobrze zacisków na blasze offsetowej i po uruchomieniu wirówki blacha „przefrunęła” obok mojej głowy i uderzyła w ścianę. Pan profesor Władysław Sas, nauczyciel zajęć praktycznych, obecny przy tym zdarzeniu, chciał mnie chyba własnoręcznie ukatrupić.

Warto przypomnieć jeszcze, że w klasach trzeciej i czwartej odbywaliśmy praktyki zawodowe w warszawskich drukarniach. Ja – w Drukarni im. Rewolucji Październikowej (później przemianowanej na Drukarnię Naukowo-Techniczną) oraz w Państwowej Drukarni Papierów Wartościowych (aktualnie Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych).

Oddzielnym elementem edukacji w technikum poligraficznym były przedmioty niezawodowe, tzw. kształcenia ogólnego, które miały zapewnić wiedzę ogólną humanistyczną i ścisłą. Wyjątkiem były zajęcia z materiałoznawstwa, prowadzone przez ulubienicę wszystkich uczniów, panią profesor Halinę Sarosiek.

Niemałą estymą był też darzony przez uczniów przy ul. Konwiktorskiej pan profesor Michał Lemieszewski, nauczyciel matematyki. Natomiast męska część uczniów z dużą przyjemnością uczyła się – co ciekawe – języka rosyjskiego wykładanego przez panią profesor Frangizę Salinową.

Chciałbym w tym miejscu przywołać kolegę z mojej klasy – Witka Lachowskiego. Cechowała go znakomita biegłość w matematyce. Jego szczególny stosunek do kolegów mniej biegłych w tym przedmiocie polegał na tym, że nie dawał ściągać. Natomiast podejmował się cierpliwego edukowania tych potencjalnych „ściągaczy”.

I chwała mu za to!

W piątej klasie po raz pierwszy zajęcia warsztatowe miała męsko-żeńska klasa V A z ul. Wiślanej. Pośrednim, ale pięknym efektem tych praktyk było rozpoczęcie pozyskiwania przeze mnie uczuć

potencjalnej zecerki Ewy N. Trochę to trwało, bo ślub wzięliśmy w lipcu 1972 r. Owocem tego związku są dwaj synowie, którzy także zaliczyli edukację poligraficzną.

Z matury pamiętam szczególnie, że na stolikach serwowane były rzodkiewki.

Potem były jeszcze studia w Instytucie Poligrafii i łącznie 36 lat w poligrafii oraz wydawnictwach.

I to by było na tyle, cytując Mistrza –  Jana Tadeusza Stanisławskiego.