Silniejsi w grupie
6 gru 2016 14:55

Multi-Color WDH, znana bardziej jako po prostu WDH (Warszawski Dom Handlowy), jest prężnie działającą drukarnią etykiet samoprzylepnych z siedzibą w podwarszawskim Ożarowie Mazowieckim. Początki firmy w tej gałęzi przemysłu sięgają 1991 r. Od tamtego czasu wiele się zmieniło. W 1992 r. firma zatrudniała zaledwie 4 pracowników; dzisiaj jest ich około 90. W swoim bogatym portfolio klientów WDH może pochwalić się współpracą z wieloma światowymi firmami. Ostatnie lata przyniosły newralgiczne zmiany dla funkcjonowania firmy. O nich między innymi rozmawialiśmy z prezesem spółki – Andrzejem Piątkowskim. n Z czym wiązała się zmiana nazwy firmy w lipcu ub.r. z WDH SA na Multi-Color WDH (Polska) oraz podjęcie współpracy z grupą MCC? Andrzej Piątkowski: Przede wszystkim nastąpiły zmiany właścicielskie. Wraz ze wspólnikiem, Mirosławem Szczęsnym, sprzedaliśmy rok temu wszystkie udziały firmy WDH światowemu koncernowi MCC – Multi-Color Corporation. MCC jest notowana na giełdzie amerykańskiej NASDAQ, a my jesteśmy jednym z ok. 30 zakładów należących do tej grupy. Grupa może się pochwalić rocznym obrotem w wysokości ok. kilkuset milionów USD. Obecnie stanowimy zarząd Multi-Color WDH (Polska) i odpowiadamy za rozwój firmy w tej części Europy. Ponadto jesteśmy odpowiedzialni za strategię MCC na obszarze Europy Wschodniej. Poza klientami lokalnymi będziemy też otrzymywać globalne kontrakty. Dodatkowo, od kiedy staliśmy się elementem większej organizacji, kilku naszych dotychczasowych odbiorców jest zainteresowanych rozszerzeniem skali współpracy. n Jako polski oddział, jak plasujecie się na tle pozostałych zakładów należących do grupy? Czy ustępujecie im technologicznie? A.P.: Technologicznie absolutnie nie. Mogę się nawet pochwalić, że innowacyjność naszej firmy była elementem, który decydował o jej zakupie przez MCC. Jesteśmy w czołówce pod względem produktywności, jak również pod względem jakości produktu Mamy wysokie parametry jakości produkcji i niski wskaźnik reklamacji, i to nas plasuje bardzo wysoko. MCC specjalizuje się przede wszystkim w druku etykiet na alkohole, czyli wine and spirit. n Jakie korzyści wynikają z przynależności do tak dużej spółki? A.P.: W ramach takiej firmy są znaczące możliwości wymiany technologicznej – produktów i wiedzy. Po roku możemy już ocenić, co zyskaliśmy: jak silna jest grupa, a także jakie są jej słabości. Nie ukrywam, że musimy się dostosować do wymagań grupy w tym znaczeniu, że musimy się nauczyć funkcjonowania w grupie, dzielenia się odpowiedzialnością i rynkami. Dostosowaliśmy się do profilu MCC. Z przynależności do koncernu czerpiemy korzyści, jakie daje uczestnictwo w grupie, czyli przede wszystkim wsparcia finansowego – korzystania z innych warunków finansowych niż mają polskie podmioty. Finansowanie grupy odbywa się nie poprzez kredyt, tylko ze środków własnych. Na pewno jest to zdecydowanie tańsze, dlatego też łatwiej jest nam osiągać wyznaczone cele ekonomiczne i finansowe. Chociaż uważam, że łatwiejsze jest też osiąganie celów technologicznych i technicznych, dlatego że słabością firm jednozakładowych jest bardzo słaba baza rozwoju nowych produktów. W firmie jednozakładowej bardzo trudno jest wygenerować jakąś nadwyżkę kapitału na rozwój technologiczny. Przed podjęciem współpracy z MCC badania i rozwój w naszej firmie były siłą rzeczy bardzo ryzykowne, ponieważ przeznaczanie funduszy na rozwój nie jest celem samym w sobie. Nie jesteśmy ośrodkiem badawczo-rozwojowym, tylko firmą produkcyjną o charakterze ekonomicznym, która musi zarabiać. n Na pewno dużą zaletą jest możliwość korzystania z doświadczenia innych firm. A.P.: Oczywiście. Do grupy MCC należą firmy, które mają kilkadziesiąt lat doświadczenia na rynkach światowych. Liderem rynku światowego jest np. australijska firma Colotype, która ma około 19 maszyn offsetowych i pracuje w tej technologii prawie 30 lat. n Jesteście jedyną polską firmą należącą do tej grupy? A.P.: Tak; jak na razie jesteśmy jedynym zakładem polskim. W Europie do MCC należy 5 firm. Większość zakładów mieści się w Stanach Zjednoczonych, firma jest też bardzo silna w Australii, mamy także zakład w Chinach. n Czy w związku z możliwością wsparcia finansowego planujecie jakieś nowe inwestycje? Jakim parkiem maszynowym firma dysponuje obecnie? A.P.: Są to maszyny offsetowe i fleksograficzne. Posiadamy też kilka maszyn pomocniczych, jak np. maszyna do konfekcjonowania. Inwestujemy ciągle i nadal będziemy inwestowali; są już kolejne projekty. n Firma WDH jest zwolennikiem japońskiego modelu budowania długotrwałych relacji i wzajemnej współpracy ze swoimi klientami. Jak ten model przejawia się w praktyce? A.P.: Nie użyłbym tutaj sformułowania „model”, ale raczej „filozofia”. Jesteśmy w stanie wygenerować własny model i strategię zarządzania, ale jeśli chodzi o filozofię, jest to bez wątpienia model japoński, czyli dużego zaangażowania pracowników na każdym poziomie działania firmy. Uzgadniamy z nimi np. procesy zmian, które odbywają się w myśl zasady: „nie gwałtownie, ale konsekwentnie”. Świadczy o tym choćby fakt, że w ciągu 4 lat udało nam się zmniejszyć ilość reklamacji o kilkadziesiąt procent. Wynika to właśnie z naszej konsekwencji. Stawiamy sobie konkretne cele i konsekwentnie je realizujemy. Jeżeli są jakieś trudności, to nie weryfikujemy celu, jeżeli oczywiście jest to cel mieszczący się w racjonalnych założeniach, ale staramy się zmienić narzędzie. n Gdzie możemy spotkać się z produkowanymi przez Państwa etykietami? Mamy tutaj na myśli zarówno rynki, na których jesteście obecni, jak i konkretnych odbiorców. A.P.: Naszym największym klientem jest odbiorca z branży kosmetycznej, drugim co do wielkości – odbiorca z branży farbiarskiej. Jeśli chodzi o terytorium, należy na to spojrzeć pod dwoma kątami. Pierwszy – to dla jakich krajów drukujemy nasze etykiety. Jest to w dużej mierze Polska, jednakże inna kwestia to fakt, gdzie nasze etykiety trafiają, a jest to praktycznie cały świat. Przykładem może być polski oddział międzynarodowej firmy z branży FMCG, którego jesteśmy dostawcą od blisko 18 lat, a który wysyła swoje produkty do wszystkich krajów europejskich, podobnie jak inni kluczowi klienci. Nasze etykiety widziałem np. w Irlandii pomimo tego, że nie produkujemy etykiet dla tego kraju. Ale nasz klient wysyła tam produkty. n Podczas ostatniego wywiadu przeprowadzanego 5 lat temu pytaliśmy, kto jest największym konkurentem WDH? Wtedy padła odpowiedź, że Skanem. Czy od tamtej pory coś się zmieniło? A.P.: Nic się nie zmieniło. Skanem jest jedną z największych firm w Europie i w Polsce siłą rzeczy też. Rywalizujemy ze Skanemem, ale mamy dla siebie wzajemnie szacunek; to szlachetna rywalizacja. n Niektórzy producenci oburzają się, kiedy o Skanemie mówi się „firma polska”, gdyż jest to kapitał obcy. A.P.: Moim zdaniem na tym poziomie globalizacji nie ma takiego podziału. Czy to jest polska firma, czy też nie – co to ma za znaczenie? Są firmy działające na tym rynku i są organizowane przetargi. Niedawno wygraliśmy przetarg na dostawę etykiet do Włoch. Obok tego zakładu są 3 firmy, które znamy i my z nimi wygraliśmy, więc jaką jesteśmy firmą? Polską, amerykańską czy może włoską? Nie bardzo widzę sens zajmowania się tym, czy to firma polska, czy nie-polska; jeżeli firma działa na tym rynku, to nie ma znaczenia, kto jest jej właścicielem. n W ostatnim wywiadzie dla Poligrafiki mówił Pan o idei łączenia polskich drukarń etykietowych. Jak to się skończyło? A.P.: To moja największa porażka, którą uważam za porażkę polskiego sposobu myślenia. Może nie wszyscy, ale bardzo dużo osób w Polsce uważa, że damy sobie radę. Obawiam się, że to jest branża tak kapitałochłonna, że niestety nie damy rady. Zresztą widać, jakie firmy uciekają do przodu – te, które mają wsparcie kapitałowe giełdy, wsparcie kapitałowe wielozakładowe, gdzie pozyskanie produktu wartego kilkaset tys. zł nie jest żadnym problemem. Wraz ze wspólnikiem zakładaliśmy, że uda nam się skupić co najmniej 2-3 firmy i będziemy na tyle dużym potencjalnym inwestorem, że uda nam się wejść na giełdę. Z całym szacunkiem dla innowacyjności, dla energii Polaków, ale my nie mamy takiego wsparcia, jakie mają np. firmy niemieckie. Nie mamy wsparcia państwa ani systemu bankowego, chociaż jako przed-siębiorca, który w przyszłym roku będzie obchodził 30-lecie działania na własny rachunek, mogę powiedzieć, że najlepiej się czuję wtedy, gdy państwo się mną nie zajmuje. Firmy w Polsce rozwijają się, ale te, które rozwijają się najprężniej, są firmami z kapitałem zagranicznym. Trzeba się łączyć, a nie rozdzielać. Niestety, jeśli się nie łączymy, to jesteśmy za słabi. n Jak do pomysłu jednoczenia się podchodziły polskie przedsiębiorstwa? A.P.: Swoją propozycję składałem trzem firmom, które podeszły do tego bardzo sceptycznie. Wierzyły, że będą sobie dawały radę samodzielnie. Nie widziały takiej potrzeby i podejrzewały w tym jakiś podstęp. Niestety tak to działa. Natomiast dzięki łączeniu się firmy mają m.in. lepszy potencjał zakupowy: liczy się skala zakupów, rabaty itd. W naszej branży procesy zmniejszania się marży produkcyjnej są adekwatne do struktury składanych zamówień. n Co w takim razie uważa Pan za swoje największe osiągnięcie w branży etykiet? A.P.: To, że przetrwaliśmy. To jest największy sukces. Kiedy zaczynaliśmy, od razu weszliśmy na bardzo wysoki poziom. Pięć lat temu byliśmy firmą produkującą dobre etykiety. Myślę, że naszym największym sukcesem jest to, że weszliśmy do I ligi i utrzymaliśmy się w niej. Naszą największą satysfakcją jest to, że mamy kontrakty z odbiorcami nawet po kilkanaście lat, np. od podpisania kontraktu z jednym z kluczowych klientów mija w tym roku już 20 lat. To dowód na to, że wchodząc na taki poziom dostawy i produkcji osiągnęliśmy trwały, a nie przypadkowy sukces. Sukcesem jest to, że za sprawą dwóch gentlemanów można osiągnąć taką organizację, taki poziom i być dostawcą dla światowych firm. Uważam, że wejście na szczyt to jedno, a utrzymanie się na nim to drugie. I to jest nasze największe osiągnięcie – że zostaliśmy na tym szczycie. Jeżeli można powiedzieć, że jesteśmy na szczycie. n Dziękujemy za rozmowę i życzymy dalszych sukcesów. Rozmawiali: Iwona Zdrojewska i Karol Suski